Spis treści
- Cel 2,5 mln budynków brzmi dobrze. Ale tempo mówi coś innego
- Sam wniosek niczego jeszcze nie dowodzi
- Zator w wypłatach niszczy cały program
- Wykonawcy stali się bankiem dla państwa
- Kontrole są potrzebne. Ale chaos kontrolny niszczy zaufanie
- Nowe zasady poprawiły część problemów, ale stworzyły nowe bariery
- Program miał pomagać najuboższym. Dziś dla wielu jest zbyt ryzykowny
- Zawieszenie programu i późniejsze reformy nie odbudowały zaufania
- Największy błąd: państwo zbyt późno słuchało praktyków
- Obecne tempo nie dowiezie celu 2032 roku
- Co powinno się zmienić?
- Wnioski
Cel jest ambitny: do 2032 roku wsparciem ma zostać objętych 2,5 mln budynków.
Problem w tym, że obecne tempo działania programu coraz bardziej oddala nas od tego celu.
I nie chodzi tylko o liczbę składanych wniosków. Chodzi o cały system: od audytu, przez operatorów, wykonawców, wojewódzkie fundusze, kontrole, rozliczenia, aż po realną wypłatę pieniędzy.
Bo program nie kończy się w momencie złożenia wniosku.
Program kończy się dopiero wtedy, gdy inwestycja zostaje wykonana, rozliczona, wypłacona i daje realny efekt energetyczny.
A tutaj zaczyna się największy problem.
Cel 2,5 mln budynków brzmi dobrze. Ale tempo mówi coś innego
Jeżeli program ma objąć 2,5 mln budynków do 2032 roku, to Polska potrzebuje sprawnego, masowego i przewidywalnego mechanizmu modernizacji.
To nie może być program, w którym beneficjent czeka miesiącami na rozliczenie.
To nie może być program, w którym wykonawca nie wie, czy otrzyma pieniądze za wykonaną pracę.
To nie może być program, w którym wojewódzkie fundusze różnie interpretują te same zasady.
To nie może być program, w którym państwo najpierw podpisuje umowy i akceptuje dokumenty, a później po czasie zaczyna kwestionować koszty według nowych tabel, nowych interpretacji i nowych oczekiwań.
Żeby dowieźć cel 2,5 mln budynków, program musi działać jak sprawna linia produkcyjna.
Tymczasem dziś bardziej przypomina wąskie gardło administracyjne.
Sam wniosek niczego jeszcze nie dowodzi
W debacie publicznej bardzo często pojawia się liczba złożonych wniosków. To wygodne, bo wygląda dobrze w komunikatach.
Ale liczba wniosków nie oznacza jeszcze liczby zakończonych termomodernizacji.
Trzeba rozróżnić kilka etapów:
- złożony wniosek,
- podpisana umowa,
- rozpoczęta inwestycja,
- zakończone prace,
- złożony wniosek o płatność,
- pozytywna weryfikacja,
- wypłata środków,
- realnie osiągnięty efekt energetyczny.
Dopiero ostatnie etapy pokazują, czy program naprawdę działa.
Jeżeli państwo chwali się liczbą wniosków, ale jednocześnie tysiące rodzin i przedsiębiorców miesiącami czekają na wypłatę, to nie mamy sukcesu. Mamy statystyczną iluzję sukcesu.
Zator w wypłatach niszczy cały program
Największym problemem „Czystego Powietrza” nie jest dziś sam brak zainteresowania. Ludzie nadal chcą ocieplać domy, wymieniać źródła ciepła i korzystać z dotacji.
Problemem jest utrata zaufania.
Beneficjent zadaje dziś proste pytania:
- Czy dostanę pieniądze?
- Kiedy dostanę pieniądze?
- Czy fundusz nie zakwestionuje kosztów po wykonaniu prac?
- Czy wykonawca nie zostawi mnie z problemem?
- Czy dotacja, którą widzę w umowie, rzeczywiście zostanie wypłacona?
To są pytania, które zabijają decyzje inwestycyjne.
Rodzina, która ma stary dom, często nie ma wolnych 100–150 tys. zł na termomodernizację. Jeżeli słyszy, że inni czekali miesiącami na wypłatę albo otrzymali kwotę niższą od oczekiwanej, zaczyna się wycofywać.
I trudno się dziwić.
Wykonawcy stali się bankiem dla państwa
Przez ostatnie lata wielu wykonawców w praktyce finansowało program własnymi pieniędzmi.
Kupowali materiały.
Płacili pracownikom.
Opłacali transport, sprzęt, podatki, ZUS, podwykonawców.
Realizowali inwestycje, które były zatwierdzone w ramach programu.
A później miesiącami czekali na środki.
To nie jest normalny model współpracy z państwem.
Firma wykonawcza nie jest bankiem. Nie jest instytucją kredytową. Nie jest funduszem pomostowym dla administracji publicznej.
Jeżeli państwo tworzy program dotacyjny i zachęca ludzi do korzystania z wykonawców, to musi zapewnić przewidywalne rozliczenia.
W przeciwnym razie uczciwe firmy albo wycofają się z programu, albo podniosą ceny, żeby wkalkulować ryzyko wielomiesięcznego oczekiwania na pieniądze.
A wtedy znowu zapłaci beneficjent.
Kontrole są potrzebne. Ale chaos kontrolny niszczy zaufanie
Nikt rozsądny nie twierdzi, że program nie powinien być kontrolowany.
Publiczne pieniądze muszą być wydawane uczciwie. Nadużycia trzeba wykrywać. Zawyżone koszty trzeba analizować. Fikcyjne inwestycje trzeba eliminować.
Problem zaczyna się wtedy, gdy kontrola zmienia się w nieprzewidywalność.
Beneficjent i wykonawca muszą wiedzieć przed rozpoczęciem prac:
- jakie koszty są kwalifikowane,
- jakie są limity,
- jakie dokumenty będą wymagane,
- jakie faktury zostaną uznane,
- według jakich zasad fundusz oceni inwestycję,
- w jakim terminie zostanie wypłacona bezsporna część dotacji.
Jeżeli te zasady są komunikowane dopiero po wykonaniu inwestycji, to nie jest kontrola. To jest przerzucanie ryzyka na obywatela.
Nowe zasady poprawiły część problemów, ale stworzyły nowe bariery
Od 31 marca 2025 roku program został przebudowany.
Wprowadzono między innymi obowiązkowy audyt energetyczny, świadectwo charakterystyki energetycznej po zakończeniu prac, limity kosztów jednostkowych, system operatorów i większą kontrolę zakresu inwestycji.
Kierunek części zmian jest logiczny.
Program rzeczywiście wymagał uszczelnienia. Nie można było dalej udawać, że system bez cen referencyjnych, bez realnego nadzoru i bez spójnych zasad rozliczania będzie działał prawidłowo.
Ale problem polega na tym, że nowe zasady nie rozwiązały najważniejszego pytania:
czy system jest w stanie obsłużyć masową liczbę inwestycji w rozsądnym czasie?
Audytorzy, operatorzy, gminy, fundusze, kontrole, dokumentacja, świadectwa energetyczne — to wszystko brzmi dobrze na papierze.
Ale jeżeli każdy dodatkowy etap wydłuża proces, to program staje się coraz mniej dostępny dla zwykłego człowieka.
Program miał pomagać najuboższym. Dziś dla wielu jest zbyt ryzykowny
Największym paradoksem „Czystego Powietrza” jest to, że program kierowany do osób o niższych dochodach stał się dla nich jednym z bardziej ryzykownych przedsięwzięć finansowych.
Osoba zamożna może zaryzykować. Ma oszczędności. Ma zdolność kredytową. Może poczekać na dotację.
Osoba uboga nie może.
Dla niej opóźnienie wypłaty o kilka miesięcy nie jest niedogodnością. To może być dramat.
Jeżeli beneficjent z najniższego poziomu dofinansowania nie ma pieniędzy na pokrycie prac, a wykonawca nie może dłużej czekać, pojawia się konflikt, którego ten beneficjent często nie jest w stanie udźwignąć.
Właśnie dlatego program miał być prosty, przewidywalny i bezpieczny.
Dziś zbyt często taki nie jest.
Zawieszenie programu i późniejsze reformy nie odbudowały zaufania
Nagłe wstrzymanie naboru w listopadzie 2024 roku było momentem przełomowym.
Dla administracji był to sposób na zatrzymanie patologii.
Dla wielu przedsiębiorców i beneficjentów był to szok.
Firmy zostały z rozpoczętymi inwestycjami, kosztami, pracownikami i oczekiwaniem na wypłaty. Beneficjenci zostali z niepewnością, czy ich sprawy zostaną rozliczone i na jakich zasadach.
Późniejsza reforma programu była potrzebna, ale nie rozwiązała najważniejszego problemu: utraconego zaufania.
A bez zaufania nie da się przeprowadzić 2,5 mln termomodernizacji.
Największy błąd: państwo zbyt późno słuchało praktyków
Jako Kanał Gefmo i środowisko osób zaangażowanych w protesty wokół „Czystego Powietrza” od dawna mówiliśmy, że problemem nie są wyłącznie pojedyncze nieuczciwe firmy.
Problemem był system.
System, który pozwalał na nadużycia.
System, który nie dawał jednolitych interpretacji.
System, który opóźniał wypłaty.
System, który przerzucał odpowiedzialność na beneficjentów i wykonawców.
System, który zamiast rozmawiać z ludźmi z branży, przez długi czas traktował ich jak problem.
Tymczasem to właśnie praktycy widzieli najwięcej.
Wykonawcy wiedzieli, gdzie regulamin jest dziurawy.
Beneficjenci wiedzieli, gdzie procedury są niezrozumiałe.
Audytorzy wiedzieli, gdzie teoria rozmija się z rzeczywistością budynków.
Operatorzy i gminy wiedzieli, gdzie ludzie nie poradzą sobie bez realnego wsparcia.
Gdyby tych głosów słuchano wcześniej, wiele problemów można było ograniczyć.
Obecne tempo nie dowiezie celu 2032 roku
Jeżeli cel 2,5 mln budynków ma być realny, program musi działać w skali setek tysięcy skutecznie zakończonych inwestycji rocznie.
Nie wniosków.
Nie deklaracji.
Nie komunikatów prasowych.
Tylko zakończonych i rozliczonych przedsięwzięć, które faktycznie poprawiły standard energetyczny budynków.
Przy obecnym poziomie skomplikowania procedur, opóźnieniach, kryzysie zaufania i przeciążeniu systemu rozliczeń trudno uznać ten cel za realny.
Dziś 2,5 mln budynków do 2032 roku wygląda bardziej jak hasło strategiczne niż wykonalny plan operacyjny.
Co powinno się zmienić?
Po pierwsze, państwo musi publikować jasne dane.
Nie tylko liczbę wniosków, ale również:
- liczbę podpisanych umów,
- liczbę zakończonych inwestycji,
- liczbę wypłaconych dotacji,
- średni czas rozliczenia w każdym WFOŚiGW,
- liczbę zaległych wniosków o płatność,
- wartość środków oczekujących na wypłatę,
- liczbę spraw sądowych i odwoławczych.
Bez takich danych nie da się uczciwie ocenić, czy program działa.
Po drugie, zasady rozliczeń muszą być jednolite w całej Polsce.
Beneficjent w Rzeszowie, Poznaniu, Kielcach, Łodzi czy Olsztynie powinien być oceniany według tych samych reguł.
Po trzecie, bezsporna część dotacji powinna być wypłacana natychmiast.
Jeżeli fundusz kwestionuje część kosztów, nie powinien blokować całej wypłaty.
Po czwarte, państwo powinno stworzyć realny mechanizm ochrony beneficjenta.
Szczególnie tego najuboższego, który nie ma wiedzy technicznej, prawnej ani finansowej, żeby samodzielnie walczyć z wykonawcą, funduszem i dokumentacją.
Po piąte, trzeba odbudować relacje z uczciwymi wykonawcami.
Bez firm wykonawczych nie będzie termomodernizacji.
Można mieć najlepsze regulaminy, najładniejsze prezentacje i największe budżety, ale jeśli uczciwi wykonawcy wyjdą z programu, celu nie dowiezie nikt.
Wnioski
„Czyste Powietrze” nie potrzebuje kolejnych haseł.
Potrzebuje sprawności.
Potrzebuje przewidywalności.
Potrzebuje uczciwego rozliczenia błędów.
Potrzebuje dialogu z ludźmi, którzy naprawdę znają ten program z praktyki.
Cel 2,5 mln budynków do 2032 roku jest możliwy tylko wtedy, gdy państwo przestanie mylić liczbę złożonych wniosków z realną termomodernizacją.
Bo Polska nie potrzebuje statystycznego sukcesu.
Polska potrzebuje realnie ocieplonych domów, niższych rachunków, bezpiecznych beneficjentów i uczciwie rozliczonych wykonawców.
Na dziś program „Czyste Powietrze” nie dowozi tego celu.
A jeśli tempo i sposób działania systemu się nie zmienią, 2,5 mln termomodernizacji do 2032 roku pozostanie fikcją zapisaną w dokumentach.

