Wyrok pokazuje słabość programu
Według ujawnionych informacji 29 maja 2026 r. Sąd Rejonowy w Olsztynie nakazał WFOŚiGW wypłatę blisko 40 tys. zł dotacji wraz z odsetkami i kosztami procesu. Spór dotyczył odmowy sfinansowania drzwi zewnętrznych w inwestycji prowadzonej w programie Czyste Powietrze. Fundusz twierdził, że wydatek był zawyżony i nierynkowy, ale z opisu uzasadnienia wynika, że sąd nie uznał takiej argumentacji za wystarczająco udowodnioną.
Najbardziej obciążające dla programu jest nie to, że doszło do sporu o jedną fakturę. Najbardziej obciążające jest to, że beneficjent musiał iść do sądu, aby wyegzekwować pieniądze obiecane w publicznym programie dotacyjnym. Dla obywatela, który często finansuje remont z oszczędności, kredytu albo pożyczki, odmowa wypłaty po zakończeniu prac może oznaczać realny kryzys domowego budżetu. Państwo nie może budować programu wsparcia na zasadzie: najpierw zachęcamy do inwestycji, a potem zobaczymy, czy wypłacimy.
To nie beneficjent powinien płacić za niejasne procedury
Czyste Powietrze od lat jest przedstawiane jako jeden z najważniejszych programów publicznych w Polsce: ma zmniejszać smog, poprawiać efektywność energetyczną domów i pomagać mniej zamożnym gospodarstwom. Taka skala nakłada na zarządzających szczególnie wysoki standard profesjonalizmu. Jeśli regulamin, instrukcje, praktyka wojewódzkich funduszy i późniejsza kontrola nie tworzą jednego spójnego systemu, odpowiedzialność nie powinna być spychana na mieszkańca, który zaufał państwowym dokumentom.
Program, który wymaga od obywatela precyzji, sam musi być precyzyjny. Jeżeli fundusz uważa koszt za rażąco zawyżony, powinien mieć porównania rynkowe, ekspertyzę, wycenę albo inne obiektywne dane. Nie wystarczy urzędowe przekonanie, że coś „wydaje się” za drogie. W przeciwnym razie dotacja przestaje być przewidywalnym instrumentem publicznym, a staje się loterią zależną od późniejszej interpretacji pracownika funduszu.
Odpowiedzialność ma twarze
Za program odpowiadają instytucje, ale instytucje nie działają same. Polityczną twarzą odpowiedzialności jest Paulina Hennig-Kloska, minister klimatu i środowiska, bo to jej resort nadzoruje obszar, w którym działa program. Administracyjną i ekspercką odpowiedzialność po stronie resortu współtworzy Krzysztof Bolesta, sekretarz stanu w Ministerstwie Klimatu i Środowiska. Po stronie NFOŚiGW ważną osobą w tym sporze jest także Robert Gajda, wiceszef Funduszu, publicznie tłumaczący mechanizm pomniejszania płatności i weryfikacji kosztów. To nie są nazwiska do dopisania na końcu komunikatu prasowego, lecz osoby, od których trzeba wymagać decyzji: jednolitych reguł, realnego nadzoru nad funduszami i mechanizmu ochrony ludzi, którzy utknęli między programową obietnicą a odmową wypłaty.
Na poziomie regionalnym odpowiedzialność ponoszą zarządy WFOŚiGW, bo to one są najbliżej decyzji o wypłacie, odmowie, kontroli i korespondencji z beneficjentem. W sprawie olsztyńskiej bezpośrednim adresatem krytyki jest fundusz wojewódzki, który jako profesjonalna instytucja publiczna powinien umieć udowodnić swoje stanowisko obywatelowi jeszcze zanim sprawa trafi do sądu. Jeżeli tego nie robi, a przegrana kończy się wypłatą dotacji, odsetek i kosztów, cenę błędu płaci sektor publiczny, nie osoba, która podjęła decyzję.
Dlatego Hennig-Kloska i Bolesta nie mogą zasłaniać się wyłącznie formalną autonomią wojewódzkich funduszy. Dla beneficjenta, wykonawcy i opinii publicznej to jeden program państwa, a nie labirynt odrębnych podmiotów, z których każdy odsyła problem gdzie indziej. Jeśli system był przez lata na tyle podatny na nadużycia, że trzeba go było reformować, a jednocześnie na tyle chaotyczny, że uczciwi uczestnicy walczą o wypłaty miesiącami, to nadzór publiczny zareagował zbyt późno albo zbyt słabo.
Wykonawcy od miesięcy protestują o pieniądze
Wyrok z Olsztyna nie jest odosobnionym sygnałem. Od wielu miesięcy firmy wykonawcze i beneficjenci protestują przed wojewódzkimi funduszami oraz w Warszawie, domagając się wypłat za prace wykonane w programie. W relacjach branżowych powtarza się ten sam schemat: wykonawca ocieplił dom, wymienił źródło ciepła, zamontował stolarkę albo instalację, wystawił faktury, zapłacił podatki, pracowników i podwykonawców, a potem przez miesiące czekał na środki, które miały spłynąć z funduszu.
Skala sporu jest ogromna. Ministerstwo miało szacować zaległości na około 1 mld zł, podczas gdy przedstawiciele firm wykonawczych mówili nawet o 15 mld zł roszczeń. Niezależnie od tego, która liczba okaże się bliższa rzeczywistości, obie są kompromitujące dla programu publicznego. Jeżeli państwowy mechanizm finansowania wytwarza zatory liczone w setkach milionów albo miliardach złotych, to nie jest problem komunikacji, lecz płynności, zarządzania i odpowiedzialności.
Najcięższy skutek poniosły firmy, które kredytowały program własnym kapitałem. Branża opisywała przypadki przedsiębiorstw czekających po kilkanaście miesięcy na pieniądze, firm z milionowymi stratami i upadłości wynikających z zamrożonych lub opóźnionych wypłat. To powinno szczególnie obciążać władze programu, bo wykonawcy nie byli zewnętrznym dodatkiem do systemu. Bez nich Czyste Powietrze nie działa: to oni realnie prowadzili remonty, obsługiwali klientów i brali na siebie ryzyko operacyjne, które państwo obiecało uporządkować.
W tym miejscu szczególnie istotna jest rola Roberta Gajdy. Jako wiceszef NFOŚiGW tłumaczył, że Fundusz musi pytać wykonawców o ceny znacząco odbiegające od tabel i badań rynkowych, bo nie może akceptować zawyżonych kosztów. Taki argument sam w sobie jest zrozumiały, ale nie rozwiązuje podstawowego problemu: jeżeli państwo najpierw dopuściło inwestycje, pozwoliło firmom wykonać prace i wytworzyło oczekiwanie zapłaty, to późniejsza kontrola nie może zmieniać się w wielomiesięczny paraliż płatniczy ani w automatyczne przerzucanie ryzyka na przedsiębiorców.
Uszczelnienie nie może być wymówką dla chaosu
NFOŚiGW wznowił program w nowej formule 31 marca 2025 r., zapowiadając silniejszą kontrolę, rolę operatorów i walkę z nadużyciami. Samo uszczelnienie było potrzebne, bo program stał się podatny na agresywnych wykonawców, zawyżone koszty i wykorzystywanie osób mniej zorientowanych. Problem zaczyna się wtedy, gdy hasło walki z patologiami przykrywa słabość administracji wobec uczciwych beneficjentów.
Nie da się naprawić programu przez zastąpienie jednego ryzyka drugim. Wcześniej ryzykiem były nadużycia wykonawców i przepłacone inwestycje. Teraz ryzykiem staje się sytuacja, w której zwykły wnioskodawca nie wie, czy akceptacja wniosku i podpisanie umowy rzeczywiście coś znaczą. Dla programu publicznego to bardzo zły sygnał, bo zaufanie jest tu równie ważne jak budżet. Bez zaufania ludzie będą odkładać remonty, bać się prefinansowania albo traktować dotację jako obietnicę bez pokrycia.
Sądowa kontrola jest porażką zarządzania
Możliwość dochodzenia roszczeń przed sądem jest dla beneficjentów ważna, ale nie powinna być normalną ścieżką odzyskiwania należnej dotacji. Program masowy musi działać tak, aby spory były wyjątkiem, a nie jedyną metodą skorygowania arbitralnej odmowy. Jeśli sąd musi przypominać funduszowi, że umów należy dotrzymywać, a wykonawcy muszą organizować protesty, żeby dopominać się o zapłatę za wykonane prace, to źle świadczy nie o beneficjentach, lecz o kulturze zarządzania pieniędzmi publicznymi.
Szczególnie niepokojący jest opis rozbieżności w podobnych sprawach. Jeżeli podobny wydatek u jednego beneficjenta zostaje zaakceptowany, a u innego odrzucony, bo sprawa trafiła do innej osoby lub innego funduszu, program traci cechy równego traktowania. To nie jest drobna niedogodność administracyjna. To wada systemowa, która może decydować o tym, czy ktoś otrzyma dziesiątki tysięcy złotych, czy zostanie z rachunkiem sam.
Czego powinny wymagać władze programu
Po takim wyroku kierownictwo NFOŚiGW i zarządy wojewódzkich funduszy powinny zrobić więcej niż wydać kolejny komunikat. Potrzebny jest przegląd odmów wypłaty po podpisaniu umowy, jawne kryteria oceny kosztów, centralna baza interpretacji, obowiązek przedstawiania porównań rynkowych przy zarzucie zawyżenia ceny oraz procedura szybkiego rozstrzygania sporów bez wypychania obywateli do sądów. W przeciwnym razie reforma pozostanie bardziej operacją wizerunkową niż naprawą programu.
Najbardziej elementarna zasada powinna brzmieć prosto: jeżeli fundusz po pozytywnej weryfikacji i podpisaniu umowy chce odmówić wypłaty, musi udowodnić konkretną nieprawidłowość, a nie tylko powołać się na ogólne hasła o dyscyplinie finansów publicznych. Ochrona budżetu państwa nie może oznaczać dowolności wobec obywatela. Oszczędność środków publicznych nie polega na tym, że na końcu procesu odmawia się wypłaty ludziom, którzy wykonali inwestycję w zaufaniu do państwa.
Wniosek
Wyrok z Olsztyna jest dla programu Czyste Powietrze niewygodny, bo uderza w jego podstawową obietnicę: że państwo wesprze obywatela w kosztownej modernizacji domu według jasnych zasad. Najostrzejsza krytyka nie dotyczy tego, że fundusze kontrolują wydatki, bo kontrolować muszą; dotyczy tego, że system potrafi zostawić beneficjenta z kosztami, wykonawcę bez zapłaty, a obie strony z koniecznością walki z instytucją publiczną. Paulina Hennig-Kloska, Krzysztof Bolesta, Robert Gajda, NFOŚiGW i zarządy wojewódzkich funduszy powinni traktować takie sprawy nie jako incydenty do obrony, lecz jako dowód, że program wymaga głębszego rozliczenia: z jakości procedur, odpowiedzialności decydentów, zaległych wypłat i realnej ochrony ludzi oraz firm, które miały być partnerami państwa w walce ze smogiem.

