Spotkanie miało uspokoić, a wzmocniło frustrację
Rozmowy w Ministerstwie Rolnictwa i Rozwoju Wsi 3 lipca miały dotyczyć niskich cen skupu, kosztów produkcji, skutków ASF i nierównego podziału marży w łańcuchu dostaw. W relacjach uczestników dominował jednak zawód. Hodowcy oczekiwali decyzji, które w krótkim czasie poprawią wynik ekonomiczny gospodarstw, a usłyszeli przede wszystkim, że resort ma ograniczone możliwości bezpośredniego wpływania na ceny na wolnym rynku.
Najgłośniejszy głos po spotkaniu zabrał Hubert Ojdana, hodowca trzody z powiatu hajnowskiego. Jego apel, by nie inwestować w kolejne chlewnie, należy czytać jako brutalne podsumowanie nastrojów części branży. To nie jest akademicka dyskusja o cyklu koniunkturalnym, tylko sytuacja, w której rolnik ma podjąć decyzję o inwestycji na lata, nie mając pewności, czy za kilka miesięcy będzie sprzedawał poniżej kosztów.
Kredyt nie naprawia produkcji, która przynosi stratę
Wśród omawianych rozwiązań pojawiły się preferencyjne kredyty, ubezpieczenia od spadku cen, analiza funduszy promocji i wsparcie inwestycji związanych z energią z gnojowicy. Każdy z tych instrumentów może mieć sens jako element szerszej polityki, ale żaden nie odpowiada na podstawowy problem: jeżeli bieżąca produkcja nie daje marży, nowy kredyt może jedynie odsunąć kryzys i powiększyć zadłużenie.
To właśnie dlatego reakcja rolników była tak ostra. Hodowca świń nie potrzebuje kolejnego produktu finansowego jako dowodu troski państwa. Potrzebuje przewidywalnego rynku, bioasekuracji, sensownego zwalczania ASF, uczciwej pozycji wobec zakładów i handlu oraz warunków, w których inwestycja w chlewnię nie wygląda jak zakład z bardzo drogim ryzykiem.
ASF i koszty zjadają odporność gospodarstw
Kryzys w trzodzie chlewnej nie zaczął się od jednego spotkania z ministrem. Branża od lat działa pod presją ASF, wymogów bioasekuracji, zmiennego rynku pasz, kosztów energii i pracy oraz importu prosiąt lub warchlaków. Przy małej marży każdy wstrząs działa jak test wytrzymałości gospodarstwa. W dobrym cyklu producent może go przetrwać, w złym zaczyna ograniczać stado albo rezygnuje całkowicie.
Dane GUS i ARiMR od lat pokazują spadek znaczenia drobniejszych gospodarstw utrzymujących świnie oraz koncentrację produkcji. To nie jest jedynie naturalna modernizacja sektora. To także efekt wypychania z rynku tych producentów, którzy nie mają skali, kapitału i odporności na administracyjne oraz sanitarne ryzyka. Im mniej takich gospodarstw zostanie, tym trudniej będzie mówić o odbudowie krajowej produkcji.
Rząd mówi o rynku, rolnicy mówią o przetrwaniu
Argument resortu, że ministerstwo nie może po prostu ustalić ceny skupu, jest formalnie zrozumiały. Problem polega na tym, że dla hodowców brzmi jak komunikat: państwo widzi kryzys, ale nie ma narzędzia, które natychmiast zmieni rachunek ekonomiczny gospodarstwa. Właśnie tu rozjeżdżają się dwa języki: administracyjny język instrumentów i rolniczy język przetrwania.
Jeżeli państwo nie chce albo nie może wpływać na cenę, powinno przynajmniej uczciwie pokazać, gdzie w łańcuchu powstaje marża, kto przejmuje ryzyko i dlaczego krajowy producent konkuruje z silniejszymi podmiotami na warunkach, których sam nie ustala. Bez takiej diagnozy każda rozmowa będzie kończyć się podobnie: ministerstwo zapowie prace, a rolnicy wyjadą z Warszawy z poczuciem, że zostali sami.
Nie inwestujcie w nowe chlewnie to sygnał alarmowy
Najmocniejsze słowa po spotkaniu są groźne nie dlatego, że padły w emocjach, lecz dlatego, że mogą stać się racjonalną kalkulacją wielu gospodarstw. Jeżeli rolnicy przestaną wierzyć, że inwestycja w produkcję świń ma sens, konsekwencje nie pojawią się tylko w jednym powiecie. Będą widoczne w podaży krajowego surowca, w lokalnych miejscach pracy, w popycie na zboża paszowe i w zależności rynku od importu.
To jest punkt, w którym polityka rolna musi przestać mylić gaszenie pożaru z odbudową zaufania. Branża potrzebuje nie tylko doraźnych narzędzi finansowych, lecz jasnej odpowiedzi, czy państwo chce utrzymać krajową produkcję trzody jako strategiczny element bezpieczeństwa żywnościowego, czy godzi się na jej dalsze kurczenie i koncentrację w rękach coraz mniejszej liczby podmiotów.
Wniosek
Apel, by nie inwestować w nowe chlewnie, jest ostrym, ale logicznym skutkiem braku wiary w opłacalność produkcji. Spotkanie z ministrem nie stworzyło przełomu, bo zamiast odpowiedzi na pytanie, jak poprawić marżę hodowcy tu i teraz, przyniosło katalog instrumentów, które mogą pomagać tylko wtedy, gdy sam biznes ma jeszcze ekonomiczny sens. Jeżeli rząd nie pokaże realnego planu dla trzody chlewnej, kolejne gospodarstwa nie będą czekać na następne spotkania i komunikaty. Po prostu ograniczą produkcję, sprzedadzą stada albo przestaną inwestować, a wtedy odbudowa sektora będzie znacznie droższa niż dzisiejsze działania ratunkowe.

