Co jest nowe
Najważniejsza zmiana polega na przejściu od śledztwa i nakazów aresztowania do formalnego oskarżenia. Serhij K., były ukraiński wojskowy, ma odpowiadać przed niemieckim wymiarem sprawiedliwości m.in. za spowodowanie eksplozji, zniszczenie infrastruktury, zakłócenie usług publicznych oraz współudział w zbrodni wojennej związanej z atakiem na obiekty cywilne.
Według ustaleń prokuratorskich celem operacji miało być trwałe przerwanie dostaw rosyjskiego gazu przez Nord Stream i odcięcie Moskwy od dochodów, które mogły wspierać finansowanie wojny. To właśnie ten element sprawia, że sprawa wykracza poza klasyczny akt sabotażu i wchodzi w spór o granice działań wojennych, ochronę infrastruktury cywilnej i odpowiedzialność państw.
Dlaczego słowo 'spisek' jest zbyt proste
W debacie publicznej łatwo powiedzieć, że Niemcy oskarżają Ukrainę. Precyzyjniej: niemieccy prokuratorzy stawiają zarzuty konkretnemu obywatelowi Ukrainy i opisują operację jako działanie grupowe, według części relacji medialnych prowadzone w imieniu ukraińskich organów państwowych. To nie jest jeszcze prawomocne ustalenie sądu ani oficjalny wyrok o odpowiedzialności władz w Kijowie.
Ta różnica ma znaczenie. W procesie karnym najpierw trzeba udowodnić udział oskarżonego, potem zakres porozumienia, a dopiero dalej ewentualny związek z instytucjami państwa. Odpowiedzialność osoby, odpowiedzialność grupy i odpowiedzialność państwa to trzy różne poziomy, których nie wolno mieszać w jednym nagłówku.
Scenariusz z jachtem Andromeda
Niemiecka wersja śledcza od dawna obraca się wokół jachtu Andromeda. Według komunikatu Prokuratury Federalnej z 21 sierpnia 2025 r. podejrzani mieli wynająć jednostkę w Rostocku przy użyciu sfałszowanych dokumentów, popłynąć w rejon Bornholmu i umieścić ładunki wybuchowe przy gazociągach Nord Stream 1 i Nord Stream 2. Eksplozje nastąpiły 26 września 2022 r.
W tej wersji Serhij K. nie jest przypadkowym uczestnikiem, lecz jednym z koordynatorów operacji. Prokuratura wskazywała już wcześniej na podejrzenia dotyczące wspólnego spowodowania eksplozji, sabotażu wymierzonego w bezpieczeństwo państwa oraz zniszczenia budowli. Teraz materiał śledczy ma zostać sprawdzony w procesie.
Najtrudniejsze pytanie: obiekt cywilny czy cel wojenny
Obrona polityczna takiej operacji jest intuicyjna: Nord Stream był symbolem rosyjsko-niemieckiej zależności energetycznej, a dochody z eksportu surowców pomagały Moskwie prowadzić wojnę. Problem prawny jest jednak bardziej rygorystyczny. Sam fakt, że infrastruktura daje przeciwnikowi pieniądze, nie musi czynić jej legalnym celem wojskowym.
W niemieckim postępowaniu pojawia się więc kluczowa teza: gazociągi służyły cywilnemu transportowi gazu, a ich zniszczenie może być traktowane jako atak na obiekty cywilne. To właśnie dlatego wśród zarzutów pojawia się wątek zbrodni wojennej. Sąd będzie musiał ocenić, czy taka kwalifikacja utrzyma się wobec realiów wojny Rosji przeciwko Ukrainie.
Co z odpowiedzialnością Ukrainy
Prezydent Wołodymyr Zełenski i przedstawiciele Ukrainy wcześniej zaprzeczali udziałowi państwa ukraińskiego w sabotażu. Doniesienia o ewentualnej roli Walerija Załużnego również były kwestionowane. Dlatego nawet jeśli akt oskarżenia opisuje działanie na rzecz ukraińskich organów, proces nie powinien być opisywany jako już rozstrzygnięty dowód winy Kijowa.
Dla Niemiec stawka jest podwójna. Z jednej strony Berlin musi pokazać, że śledztwo w sprawie ataku na kluczową infrastrukturę nie zostanie zamiecione pod dywan. Z drugiej strony Niemcy pozostają jednym z najważniejszych państw wspierających Ukrainę w wojnie z Rosją. Proces będzie więc testem, czy da się prowadzić sprawę karną bez politycznego zerwania z sojusznikiem.
Polski wątek jest osobną miną polityczną
W sprawie pojawia się także polski ślad. Jeden z podejrzanych, Wołodymyr Żurawlow, został zatrzymany w Polsce, ale sąd odmówił jego ekstradycji do Niemiec. W uzasadnieniach medialnie opisywano m.in. argument, że chodziło o działanie w kontekście wojny oraz że niemiecka jurysdykcja nie jest oczywista, skoro eksplozje nastąpiły poza terytorium Niemiec.
Dla Warszawy to bardzo niewygodny temat. Polska przez lata krytykowała Nord Stream jako projekt politycznie szkodliwy i wzmacniający Rosję. Jednocześnie odmowa ekstradycji podejrzanego w sprawie ataku na infrastrukturę energetyczną partnera z NATO może być w Berlinie odbierana jako polityczny, nie tylko prawny sygnał.
Co trzeba rozdzielić w tekście
- zarzut wobec Serhija K. od odpowiedzialności Ukrainy jako państwa;
- ustalenia niemieckiej prokuratury od prawomocnego wyroku sądu;
- polityczną ocenę Nord Stream od prawnej oceny zniszczenia cywilnej infrastruktury;
- wątek wojny Rosji przeciwko Ukrainie od pytania, czy każdy cel ekonomicznie ważny dla Rosji staje się celem wojskowym;
- polską niechęć do gazociągu od obowiązków wynikających ze współpracy sądowej w Europie.
Czego nadal nie wiemy
Nie znamy pełnego aktu oskarżenia ani całego materiału dowodowego. Nie wiadomo, które fragmenty opierają się na zeznaniach, danych technicznych, śladach z jachtu, analizach telefonicznych, dokumentach podróży czy informacjach wywiadowczych. Nie wiadomo też, jak sąd potraktuje wątek domniemanego działania w imieniu ukraińskich władz.
Największa niewiadoma dotyczy więc nie samego faktu eksplozji, bo ten jest bezsporny, lecz łańcucha decyzyjnego. Kto wydał zgodę, kto finansował operację, kto znał plan i czy była to inicjatywa wojskowych, służb, prywatnej grupy czy struktur państwowych - to są pytania, które dopiero proces może uporządkować.
Wniosek
Akt oskarżenia w sprawie Nord Stream jest przełomem, bo po latach spekulacji niemieckie śledztwo trafia do sądu. Nie zamyka jednak sporu o odpowiedzialność Ukrainy. Na razie mamy oskarżenie wobec konkretnej osoby i bardzo poważną hipotezę o szerszym zleceniu. Dopiero proces pokaże, czy ta hipoteza wytrzyma standard dowodowy, który jest znacznie wyższy niż standard medialnego przecieku.

