Spis treści
O jaki podatek chodzi
Podatek od usług cyfrowych, często określany skrótem DST, jest daniną od przychodów dużych platform cyfrowych osiąganych na danym rynku. Najczęściej obejmuje takie obszary jak reklama internetowa, pośrednictwo na platformach, media społecznościowe albo monetyzacja danych użytkowników. Różni się od klasycznego CIT, bo nie opodatkowuje zysku, lecz określony strumień przychodów.
Zwolennicy DST twierdzą, że globalne koncerny technologiczne zarabiają w kraju dzięki użytkownikom, reklamodawcom i sprzedawcom, ale potrafią rozliczać dużą część zysków tam, gdzie mają korzystniejsze struktury podatkowe. Przeciwnicy odpowiadają, że podatek od przychodu może zostać przerzucony na lokalne firmy, reklamodawców i konsumentów, a do tego zwiększa ryzyko podwójnego opodatkowania.
Co powiedział Trump
Pod koniec czerwca 2026 r. Donald Trump zagroził 100-proc. cłami na towary z krajów europejskich, które wprowadzą podatek od usług cyfrowych wymierzony w amerykańskie firmy technologiczne. Według relacji międzynarodowych mediów zapowiedział, że takie cła miałyby działać natychmiast i mieć pierwszeństwo wobec wcześniejszych porozumień handlowych.
To mocna deklaracja, ale nie oznacza automatycznie, że cła da się wprowadzić bez ograniczeń prawnych i politycznych. W USA spory o podstawę prawną taryf trwają od początku drugiej kadencji Trumpa. Groźba ma jednak realne znaczenie negocjacyjne: sygnalizuje państwom europejskim, że cyfrowe podatki mogą zostać potraktowane przez Waszyngton jak bariera handlowa.
Dlaczego Polska znalazła się w tej układance
Polski wątek wynika z zapowiedzi wprowadzenia własnej daniny wobec największych firm technologicznych. Najmocniej ten kierunek wspiera resort cyfryzacji i wicepremier Krzysztof Gawkowski, który argumentuje, że chodzi o równość podatkową między globalnymi platformami a krajowymi firmami działającymi na tym samym rynku.
Na 1 lipca 2026 r. najbezpieczniej mówić o planie politycznym i kierunku prac, a nie o przesądzonej, uchwalonej ustawie. To rozróżnienie jest ważne: ryzyko ceł rośnie dopiero wtedy, gdy podatek zostaje przyjęty albo zaczyna być egzekwowany. Sama zapowiedź wystarcza jednak, by Polska pojawiła się w sporze między USA, Big Techami i państwami europejskimi.
Europa już zna ten konflikt
Francja, Hiszpania i Włochy mają podatki cyfrowe na poziomie 3 proc., a Wielka Brytania stosuje stawkę 2 proc. dla największych platform spełniających progi przychodowe. To nie są podatki formalnie zapisane jako daniny od firm amerykańskich, ale w praktyce najczęściej obejmują właśnie największe koncerny ze Stanów Zjednoczonych, takie jak Google, Meta, Amazon czy Apple.
Komisja Europejska broni prawa państw do regulowania i opodatkowania działalności na własnym rynku, podkreślając, że takie daniny mogą być projektowane jako neutralne wobec kraju pochodzenia firmy. Waszyngton patrzy na to inaczej: widzi narzędzie, które uderza w sektor, gdzie USA mają globalną przewagę i największe przedsiębiorstwa.
Stawką nie są tylko wpływy budżetowe
Dla Polski podatek cyfrowy mógłby przynieść dodatkowe wpływy, ale najważniejszy koszt potencjalnego sporu leży gdzie indziej. USA są dla Polski kluczowym partnerem bezpieczeństwa, ważnym partnerem technologicznym i rynkiem eksportowym dla części branż. Nawet jeśli cła w wysokości 100 proc. byłyby bardziej groźbą niż gotowym instrumentem, ich użycie w debacie mogłoby pogorszyć klimat rozmów gospodarczych.
Z drugiej strony rezygnacja z podatku pod presją Waszyngtonu oznaczałaby polityczny koszt w kraju i w UE. Polska musiałaby wytłumaczyć, dlaczego lokalne firmy mają płacić pełne obciążenia, a największe platformy mogą nadal optymalizować podatki dzięki skali, własności intelektualnej i strukturze międzynarodowej.
Największe ryzyko: przerzucenie kosztów
Podatek od przychodu brzmi atrakcyjnie, bo trudniej go ominąć niż CIT liczony od zysku. Ma jednak słaby punkt: platformy mogą przerzucić część kosztów na reklamodawców, sprzedawców internetowych, twórców aplikacji albo użytkowników. W praktyce część ciężaru może więc wrócić do polskich firm, które kupują reklamy, sprzedają przez marketplace'y albo korzystają z usług chmurowych.
Dlatego konstrukcja podatku ma znaczenie większe niż sam polityczny slogan. Kluczowe są progi przychodowe, zakres usług, mechanizmy zapobiegające podwójnemu opodatkowaniu, sposób raportowania i odpowiedź na pytanie, czy danina obejmie wyłącznie największe platformy, czy pośrednio uderzy także w mniejsze podmioty korzystające z ich infrastruktury.
Lepszy wariant: rozwiązanie europejskie
Dla Polski najbezpieczniejszym scenariuszem byłoby rozwiązanie skoordynowane na poziomie UE albo OECD. Wtedy spór z USA nie dotyczyłby jednego państwa, lecz całego bloku gospodarczego i zasad opodatkowania globalnych firm. Problem w tym, że prace nad globalnym kompromisem podatkowym, zwłaszcza filarem dotyczącym podziału praw do opodatkowania największych koncernów, od lat są politycznie zablokowane.
Jeśli wspólne rozwiązanie nie powstaje, państwa wracają do narodowych podatków cyfrowych. To zrozumiałe z punktu widzenia budżetów i sprawiedliwości podatkowej, ale zwiększa ryzyko chaosu: różne stawki, różne definicje usług, różne progi i oddzielne spory handlowe z USA.
Wniosek
Polska decyzja o podatku cyfrowym nie powinna być sprowadzana do pytania, czy ulec Trumpowi. To zbyt proste. Rząd musi policzyć trzy rzeczy naraz: potencjalne wpływy z podatku, koszt przerzucenia daniny na polskie firmy oraz ryzyko handlowej odpowiedzi USA. Dopiero wtedy widać, czy stawka jest warta konfliktu.
Najrozsądniejsza ścieżka to przygotowanie projektu tak, by był
Najrozsądniejsza ścieżka to przygotowanie projektu tak, by był neutralny wobec kraju pochodzenia firmy, jasno ograniczony do największych graczy i skoordynowany z partnerami europejskimi. Bez tego podatek może stać się symbolem sprawiedliwości podatkowej, ale też zapalnikiem sporu, w którym Polska będzie miała mniej siły przetargowej niż największe państwa UE.

