To pierwszy prąd, nie koniec budowy
10 lipca 2026 r. w Choczewie odebrano pierwszy prąd z morskich turbin w polskiej części Bałtyku. W praktyce oznacza to osiągnięcie etapu określanego jako First Power: pierwsze turbiny produkują energię, kolejne przechodzą testy i rozruch, a moc farmy będzie rosła wraz z oddawaniem następnych urządzeń do pracy.
Ta różnica jest kluczowa. Baltic Power nie stał się z dnia na dzień w pełni działającą elektrownią o mocy ponad gigawata. Według informacji podanych przy okazji uruchomienia, na morzu zainstalowano 54 z planowanych 76 turbin, a zakończenie budowy przewidziano na jesień 2026 r. Pierwsza energia w sieci jest więc kamieniem milowym, ale pełny efekt dla systemu będzie widoczny dopiero po zakończeniu rozruchów i odbiorów.
Choczewo jest tak samo ważne jak same turbiny
Symbolicznie najłatwiej pokazać morskie wiatraki, ale dla bezpieczeństwa pracy systemu równie ważna jest infrastruktura na lądzie. Stacja elektroenergetyczna Choczewo ma odbierać energię z Baltic Power i kolejnych projektów offshore, a następnie wprowadzać ją do krajowego systemu przesyłowego. Bez takiej infrastruktury turbiny na morzu byłyby tylko drogimi urządzeniami bez realnej możliwości pracy na potrzeby odbiorców.
Prace przy infrastrukturze przyłączeniowej ruszyły w 2019 r. Zakończono kluczowy etap budowy stacji Choczewo i połączenie z rozbudowaną stacją Żarnowiec, a kolejne linie wyprowadzające moc są jeszcze w budowie. Sam projekt stacyjny miał otrzymać ok. 530 mln zł dofinansowania z KPO, co dobrze pokazuje, że polski offshore będzie testem nie tylko dla inwestorów wytwórczych, lecz także dla tempa rozbudowy sieci przesyłowych finansowanej publicznymi pieniędzmi.
Skala projektu zmieni bilans, ale stopniowo
Oficjalne parametry Baltic Power są duże jak na polski rynek: 76 turbin Vestas V236-15 MW, moc zainstalowana maksymalnie 1140 MW, w komunikacji inwestora zaokrąglana do ok. 1,2 GW, oraz szacowana produkcja ok. 4 TWh energii rocznie. To ma odpowiadać nawet ok. 3 proc. krajowego zapotrzebowania na energię elektryczną i potrzebom ponad 1,5 mln gospodarstw domowych.
Nie należy jednak przenosić tych liczb wprost na bieżącą sytuację w sieci. W pierwszych tygodniach i miesiącach farma będzie zwiększać produkcję etapami. Pełna roczna produkcja na poziomie ok. 4 TWh to parametr docelowy, a nie opis pierwszego dnia pracy. Dla odbiorców najważniejsze będzie to, czy polski system nauczy się korzystać z dużych, zmiennych źródeł na morzu bez zwiększania kosztów bilansowania i bez tworzenia nowych wąskich gardeł w sieci.
Cena wygląda konkurencyjnie, ale nie jest prostą obniżką rachunku
Pierwsze projekty offshore korzystają z mechanizmu kontraktu różnicowego. Dla Baltic Power cena referencyjna została ustalona na 319,60 zł/MWh i jest indeksowana inflacją; według obecnych szacunków daje to około 400 zł/MWh. Na początku lipca ceny kontraktów giełdowych na dostawy energii w kolejnym roku były wskazywane w okolicach 450-455 zł/MWh, więc morska energia może wyglądać konkurencyjnie wobec rynku terminowego.
To nadal nie znaczy, że odbiorcy automatycznie zobaczą prostą i szybką obniżkę rachunków. Mechanizm CfD stabilizuje przychody wytwórcy: gdy cena rynkowa jest niższa od ceny z kontraktu, pojawia się dopłata, a gdy jest wyższa, nadwyżka powinna wracać do systemu. Rachunek końcowy zależy jednak także od kosztów sieci, bilansowania, podatków, opłat oraz sposobu, w jaki państwo i regulator rozliczą ten mechanizm z odbiorcami.
Offshore nie rozwiąże wszystkich problemów systemu
Morska energetyka wiatrowa jest dla Polski potrzebna, bo daje produkcję zwykle bardziej stabilną niż fotowoltaika i lepiej dopasowaną do zimowego profilu zapotrzebowania. Jednocześnie pozostaje źródłem zależnym od pogody. Dlatego nie zastąpi dyspozycyjnych mocy, magazynów, elastycznego popytu ani mocnych połączeń sieciowych.
Największy błąd polegałby na sprzedawaniu pierwszego prądu z Bałtyku jako prostego rozwiązania wszystkich problemów polskiej energetyki. To ważny element nowego miksu, ale jego wartość będzie zależała od całego otoczenia: sieci, rynku bilansującego, magazynów energii, inwestycji w moce rezerwowe i przewidywalności regulacji.
Polski przemysł ma tu realny interes
Budowa Baltic Power jest także testem dla krajowego łańcucha dostaw. Przy stacji Choczewo pracowały pomorskie firmy, a w projekcie wykorzystywane są m.in. komponenty i usługi z polskich zakładów. Oficjalna strona Baltic Power wskazuje m.in. udział krajowych firm przy kablach lądowych, konstrukcjach stalowych, elementach fundamentów, bazie serwisowej i stacji w Choczewie.
To może być ważniejsze niż jednorazowy komunikat o pierwszej energii w sieci. Jeśli kolejne projekty offshore będą budowane według przewidywalnego harmonogramu, polskie firmy mogą wejść w trwały segment przemysłu energetycznego. Jeśli harmonogramy będą się rwały, a reguły wsparcia będą zmieniane zbyt często, krajowy udział pozostanie raczej dodatkiem do zagranicznych technologii niż samodzielną przewagą.
Wniosek
Pierwszy prąd z Baltic Power to realny przełom, bo Polska po latach zapowiedzi zaczyna fizycznie odbierać energię z morskich farm wiatrowych, ale sukcesu nie wolno mierzyć samą uroczystością w Choczewie. Najważniejsze będzie to, czy farma zostanie bez opóźnień doprowadzona do pełnej pracy, czy sieci przesyłowe nadążą za kolejnymi gigawatami z Bałtyku i czy państwo uczciwie pokaże odbiorcom pełny koszt oraz pełną korzyść kontraktów różnicowych. Offshore może obniżyć presję cenową i poprawić bezpieczeństwo energetyczne, ale tylko wtedy, gdy będzie częścią dobrze zarządzanego systemu, a nie kolejnym hasłem politycznym przykrywającym braki w sieciach, magazynach i regulacjach.

