Podatek cyfrowy 3 proc. otwiera spór państwa z Big Techami
Projekt podatku rekompensującego od niektórych usług cyfrowych trafił do konsultacji publicznych, a proponowana stawka wynosi 3 proc. przychodów. Nowe przepisy miałyby wejść w życie 1 stycznia 2027 r., więc nie jest to jeszcze obowiązująca danina. Stawką w tej sprawie są wpływy budżetowe, pozycja krajowych firm i ryzyko, że część kosztów wróci do reklamodawców, sprzedawców internetowych i użytkowników platform.
To projekt, a nie gotowe prawo
Podatek cyfrowy wraca w konkretnej formie legislacyjnej. Projekt ustawy o podatku rekompensującym od niektórych usług został opublikowany w Rządowym Centrum Legislacji i skierowany do konsultacji publicznych. W projekcie pojawia się stawka 3 proc. oraz planowany termin wejścia w życie od 1 stycznia 2027 r. Na tym etapie treść może się jeszcze zmienić pod wpływem konsultacji, opinii prawnych i decyzji rządu.
To rozróżnienie jest ważne dla firm. Przedsiębiorcy nie powinni traktować projektu jak już naliczanego podatku, ale muszą zacząć sprawdzać, czy ich modele sprzedaży, reklamy i pośrednictwa cyfrowego mogą znaleźć się w łańcuchu kosztów. Nawet jeżeli formalnym podatnikiem będzie globalna platforma, ekonomiczny ciężar może zostać przesunięty w cennikach, prowizjach i warunkach współpracy.
Państwo celuje w przychody trudne do opodatkowania
Logika projektu opiera się na założeniu, że duże platformy cyfrowe zarabiają w Polsce na reklamie, pośrednictwie i danych użytkowników, ale klasyczny system podatkowy nie zawsze przechwytuje odpowiednią część tych przychodów. Gospodarka cyfrowa nie potrzebuje takiej samej fizycznej obecności jak handel tradycyjny, a wartość powstaje często tam, gdzie znajdują się użytkownicy, sprzedawcy i reklamodawcy.
Dlatego podatek ma objąć między innymi reklamę ukierunkowaną, wielostronne platformy internetowe oraz odpłatne wykorzystanie danych wygenerowanych przez aktywność użytkowników. W praktyce chodzi o te modele, w których platforma nie tylko sprzedaje własną usługę, ale organizuje rynek dla innych: pokazuje reklamy, kojarzy strony transakcji, buduje profil użytkownika albo pobiera prowizję od aktywności odbywającej się w jej ekosystemie.
Progi mają odciąć mniejszych graczy
Projekt nie jest adresowany do każdej firmy internetowej. Konstrukcja przewiduje wysokie progi wejścia: globalne przychody grupy powyżej 1 mld euro oraz przychody z usług objętych ustawą osiągnięte w Polsce powyżej 25 mln zł w poprzednim okresie rozliczeniowym. Takie kryteria mają skierować daninę do największych podmiotów, a nie do zwykłych sklepów internetowych, lokalnych serwisów czy małych dostawców aplikacji.
Granice będą jednak kluczowe. Polski sprzedawca działający na dużym marketplace może nie być podatnikiem, ale może zapłacić więcej za prowizję, reklamę sponsorowaną lub dodatkowe narzędzia promocyjne. Właśnie dlatego konsultacje powinny rozstrzygnąć nie tylko to, kto formalnie wpłaci podatek, lecz także jak projekt ograniczy przerzucanie kosztów na mniejszych uczestników rynku.
Budżet widzi miliardy, rynek widzi cenniki
W kalkulacji skutków projektu zapisano wieloletnie wpływy liczone w dziesiątkach miliardów złotych. Pierwszy rok obowiązywania miałby przynieść budżetowi około 1,7 mld zł, a kolejne lata wyższe kwoty wraz ze wzrostem rynku usług cyfrowych. Dla państwa to kuszące źródło dochodu, zwłaszcza gdy administracja, cyberbezpieczeństwo i infrastruktura cyfrowa wymagają coraz większych nakładów.
Rynek patrzy na tę samą liczbę inaczej. Jeżeli platforma ma zapłacić 3 proc. od określonych przychodów, będzie szukała sposobu na utrzymanie marży. Może podnieść ceny reklam, zmienić prowizje, ograniczyć rabaty, inaczej rozliczać pakiety promocyjne albo wprowadzić nowe opłaty administracyjne. Najbardziej odczują to firmy, które są zależne od płatnego zasięgu i sprzedaży przez platformy.
Krajowe firmy chcą równych zasad
Argument o wyrównaniu warunków konkurencji ma mocne znaczenie polityczne i gospodarcze. Polskie podmioty zatrudniają pracowników, płacą lokalne podatki, budują biura, centra danych, zespoły sprzedaży i obsługę klienta. Globalna platforma może zarabiać na polskim użytkowniku bez porównywalnej struktury kosztowej w kraju. Z tej perspektywy nowa danina ma domknąć lukę między miejscem powstawania wartości a miejscem opodatkowania.
Trzeba jednak uważać, aby narzędzie nie osłabiło tych firm, którym ma pośrednio pomóc. Jeżeli koszt podatku zostanie doliczony do reklam, prowizji i narzędzi sprzedażowych, polski sklep internetowy może zapłacić więcej za dotarcie do klienta. Wtedy przewaga wielkich platform nie zniknie, a część krajowych firm otrzyma wyższy rachunek za obecność w cyfrowym kanale sprzedaży.
Międzynarodowy spór jest realnym ryzykiem
Podatek cyfrowy od lat jest tematem wrażliwym, bo największe platformy mają siedziby poza Polską, a wiele z nich pochodzi ze Stanów Zjednoczonych. Jednostronne krajowe daniny mogą wywoływać napięcia handlowe i polityczne, zwłaszcza gdy partnerzy uznają je za selektywne uderzenie w ich firmy. Polska będzie musiała pokazać, że projekt jest neutralny, proporcjonalny i oparty na jasnej definicji usług.
Drugim tłem są rozmowy o międzynarodowym opodatkowaniu gospodarki cyfrowej. Im bardziej przepisy krajowe będą odbiegać od rozwiązań unijnych lub globalnych, tym większe ryzyko sporów, podwójnego obciążenia i niepewności prawnej. Dla firm ważna będzie nie tylko stawka, lecz także przewidywalność: gdzie rozliczyć przychód, jak dokumentować użytkownika z Polski i jak uniknąć konfliktu między różnymi jurysdykcjami.
Konsultacje powinny doprecyzować wyjątki
Projekt zawiera katalog wyłączeń, między innymi dla części usług płatniczych, finansowych, streamingowych i zwykłej sprzedaży towarów przez własny sklep internetowy bez roli pośrednika. To bardzo istotne, bo bez precyzyjnych wyjątków podatek mógłby objąć działalność, która nie ma charakteru dominującej platformy cyfrowej. Definicje zdecydują, czy danina trafi w największe modele platformowe, czy stworzy chaos interpretacyjny.
Firmy powinny obserwować kilka punktów: definicję reklamy ukierunkowanej, sposób liczenia przychodów z Polski, progi dla grup kapitałowych, zasady pomniejszeń, obowiązek zgłoszenia do urzędu skarbowego oraz sankcje za zaległości. W projekcie pojawiają się wysokie kary administracyjne i dodatkowe zobowiązanie za niewpłacony podatek, więc niepewność interpretacyjna może być równie kosztowna jak sama stawka.
Wniosek
Podatek cyfrowy w wysokości 3 proc. ma politycznie prosty cel: część pieniędzy zarabianych na polskim rynku cyfrowym ma zostać w polskim systemie podatkowym. To nie jest pomysł pozbawiony sensu, bo gospodarka platformowa od dawna wyprzedza klasyczne konstrukcje fiskalne. Problem zaczyna się przy szczegółach, ponieważ w cyfrowym łańcuchu wartości koszt rzadko zostaje tam, gdzie formalnie powstaje obowiązek.
Najbliższe tygodnie powinny pokazać, czy rząd zbuduje podatek odporny na przerzucanie kosztów, spory międzynarodowe i niejasne definicje. Jeżeli projekt pozostanie zbyt szeroki, ryzyko zapłacą mniejsze firmy korzystające z reklam i platform. Jeżeli będzie zbyt wąski, wpływy budżetowe okażą się niższe, a efekt wyrównania rynku symboliczny. Stawka 3 proc. jest tylko nagłówkiem. Prawdziwa walka rozegra się w definicjach.
Źródła i weryfikacja
- Interia Biznes
- Ministerstwo Cyfryzacji
- Rządowe Centrum Legislacji

