Co ma trafić do Sejmu
Wniosek o uchylenie immunitetu Arkadiusza Myrchy ma trafić do Sejmu 10 lipca 2026 r. Sprawa dotyczy wpisu w mediach społecznościowych, który pojawił się podczas ciszy wyborczej przed głosowaniem w wyborach prezydenckich w maju 2025 r. Według prokuratury publikacja mogła stanowić zachętę do głosowania na jednego z kandydatów.
Zawiadomienie w tej sprawie złożył poseł PiS Dariusz Matecki. Sam Myrcha miał później usunąć wpis i przeprosić za błąd. To ważny szczegół, bo pokazuje, że spór nie dotyczy skomplikowanego mechanizmu finansowania kampanii czy fałszowania wyborów, lecz klasycznego pytania: czy osoba publiczna prowadziła agitację w czasie, gdy było to zabronione.
Wniosek nie oznacza winy
Najważniejsze jest rozróżnienie etapów. Sam wniosek prokuratury nie odbiera immunitetu i nie przesądza, że wiceminister popełnił wykroczenie. Immunitet poselski oznacza, że do pociągnięcia posła do odpowiedzialności potrzebna jest zgoda Sejmu. Dopiero po jej ewentualnym wyrażeniu sprawa może toczyć się dalej w zwykłym trybie.
Dlatego polityczne hasło, że wiceminister już straci immunitet, jest zbyt daleko idące. Na razie chodzi o uruchomienie procedury. Sejm może zgodę wyrazić albo jej odmówić, a decyzja będzie miała zarówno wymiar prawny, jak i polityczny, bo dotyczy członka rządu oraz posła koalicji rządzącej.
Cisza wyborcza nie jest ozdobą kodeksu
Cisza wyborcza w pierwszej turze wyborów prezydenckich 2025 r. trwała od północy z 16 na 17 maja do zamknięcia lokali wyborczych o godz. 21 w niedzielę 18 maja. W tym czasie zakazana jest czynna agitacja wyborcza, czyli publiczne nakłanianie lub zachęcanie do głosowania w określony sposób.
W realiach mediów społecznościowych takie naruszenia są szczególnie łatwe. Wpis może pojawić się przez nieuwagę, automatyczną publikację, działanie sztabu albo zwykły błąd polityka. Ale z punktu widzenia prawa kluczowe jest nie to, czy wpis był krótki albo szybko usunięty, tylko czy w okresie ciszy realnie zachęcał do głosowania na konkretnego kandydata.
Myrcha ma problem większy niż mandat
Gdyby chodziło o szeregowego posła, sprawa byłaby mniej nośna. W przypadku wiceministra sprawiedliwości ciężar jest większy. Osoba z kierownictwa resortu odpowiedzialnego za porządek prawny powinna szczególnie uważać na przepisy wyborcze. Nawet jeśli naruszenie było niezamierzone, politycznie wygląda źle, bo dotyczy człowieka, który zawodowo stoi po stronie egzekwowania reguł.
Jednocześnie nie można pominąć partyjnego kontekstu. Zawiadomienie złożył polityk PiS, więc sprawa będzie wykorzystywana jako argument przeciwko rządowi Donalda Tuska i Koalicji Obywatelskiej. To jednak nie unieważnia pytania o odpowiedzialność. Jeżeli prawo ma działać wiarygodnie, nie powinno zależeć od tego, czy zawiadamiający ma polityczny interes.
Sejm będzie musiał wybrać między korporacyjną obroną a standardem równości
Najgorszym wariantem dla większości rządzącej byłaby próba zamiecenia sprawy pod dywan tylko dlatego, że dotyczy własnego wiceministra. Immunitet nie powinien być wygodną osłoną przed odpowiedzialnością w sprawach prostych i możliwych do wyjaśnienia. Jeśli sprawa jest błaha, tym bardziej można ją dopuścić do zwykłego trybu, zamiast robić z immunitetu tarczę polityczną.
Z drugiej strony Sejm nie powinien działać automatycznie pod presją medialnej burzy. Komisja i posłowie powinni sprawdzić treść wpisu, czas publikacji, okoliczności usunięcia i to, czy rzeczywiście była to agitacja w rozumieniu przepisów. Dopiero wtedy decyzja o immunitecie będzie wyglądała jak ocena sprawy, a nie jak odruch polityczny.
Wniosek
Sprawa Arkadiusza Myrchy nie jest najcięższym skandalem politycznym, ale jest dobrym testem elementarnej konsekwencji państwa: jeśli zwykły obywatel, działacz albo lokalny polityk może odpowiadać za agitację w czasie ciszy wyborczej, to wiceminister sprawiedliwości nie powinien być chroniony tylko dlatego, że zasiada po właściwej stronie sejmowej większości. Najrozsądniejsze rozwiązanie to potraktować wniosek spokojnie, bez udawania, że oznacza już winę, ale też bez korporacyjnej obrony immunitetu. Właśnie w takich pozornie drobnych sprawach najlepiej widać, czy rządzący traktują prawo jako wspólną regułę, czy jako narzędzie używane głównie wobec przeciwników.

