Spis treści
- Letnia podwyżka jest najgorszym sygnałem dla kupujących
- Popyt urósł szybciej niż odporność rynku
- To nie musi być tylko spekulacja
- Warto zachować proporcje
- Europejski kontekst potwierdza presję popytową
- Rządowe spotkanie nie wystarczy bez polityki surowcowej
- Najbardziej narażeni są ci, którzy nie mają alternatywy
- Wniosek
Letnia podwyżka jest najgorszym sygnałem dla kupujących
W normalnym cyklu sezonowym lato powinno działać na korzyść właścicieli kotłów: popyt jest niższy niż zimą, składy mogą spokojniej uzupełniać zapasy, a gospodarstwa domowe kupują opał z wyprzedzeniem. Tym razem ten mechanizm zawiódł. Według danych branżowych przywołanych przez PAP i Radio ZET certyfikowany pellet klasy A1 podrożał w ciągu roku o 20-30 proc., a średnia cena przekracza już 1,7 tys. zł za tonę.
To poziom, który zmienia kalkulację wielu rodzin. Jeszcze latem 2025 roku najczęściej wskazywany przedział cenowy wynosił około 1,2-1,4 tys. zł za tonę. Jeżeli gospodarstwo potrzebuje kilku ton paliwa na sezon, różnica nie jest kosmetyczna, lecz oznacza setki albo nawet kilka tysięcy złotych dodatkowego kosztu ogrzewania.
Popyt urósł szybciej niż odporność rynku
Branża wskazuje na szybki wzrost liczby użytkowników kotłów na pellet. Szacunki mówią już o około 450 tys. gospodarstw domowych, a roczne zapotrzebowanie na pellet najwyższej klasy ma sięgać około 2 mln ton. To pokazuje skalę rynku, który jeszcze niedawno był niszową alternatywą, a dziś stał się jednym z ważnych elementów ogrzewania domów jednorodzinnych.
Problem polega na tym, że popyt na paliwo rósł razem z polityką wymiany starych źródeł ciepła, ale za tym nie zawsze szła wystarczająca stabilizacja podaży. Pellet powstaje głównie z trocin i pozostałości po obróbce drewna. Jeżeli tartaki pracują słabiej, pozyskanie drewna jest ograniczane albo surowiec drożeje, producenci pelletu szybko tracą tanią bazę do produkcji.
To nie musi być tylko spekulacja
Najłatwiejsze politycznie wyjaśnienie brzmi: ktoś wykorzystuje sytuację i zawyża ceny. Tego nie można z góry wykluczyć, dlatego zapowiedź skierowania sprawy do UOKiK ma sens. Ale sama kontrola antymonopolowa nie rozwiąże problemu, jeśli podwyżka wynika z realnego napięcia między popytem, podażą surowca, kosztami produkcji i rosnącą rolą pelletu w ogrzewaniu domów.
Warto zachować proporcje
Warto zachować proporcje. Branża nie jest monolitem, a ceny zależą od jakości paliwa, certyfikacji, kanału sprzedaży, regionu, kosztu transportu i momentu zakupu. Certyfikowany pellet klasy A1 jest droższy niż paliwo gorszej jakości, ale dla wielu kotłów właśnie taki standard jest warunkiem bezawaryjnej pracy i niższych emisji. Oszczędzanie na jakości może więc skończyć się wyższymi kosztami serwisu albo problemami z urządzeniem.
Europejski kontekst potwierdza presję popytową
Dane Bioenergy Europe pokazują, że rynek pelletu rośnie nie tylko w Polsce. Globalna produkcja pelletu drzewnego w 2025 roku miała osiągnąć 53,5 mln ton, a globalne zużycie 51,5 mln ton. Europa pozostaje największym regionem konsumpcji pelletu, odpowiadając za około 70 proc. światowego popytu, a małoskalowe zużycie pelletu w Europie przekroczyło 19 mln ton.
To ważne, bo polski odbiorca konkuruje o surowiec i gotowe paliwo w szerszym otoczeniu. Jeżeli pellet jest coraz mocniej wykorzystywany jako element czystego ciepła w Europie, a jednocześnie podaż zależy od rynku drzewnego, lokalne napięcia szybko przekładają się na ceny. Tani pellet nie jest dany raz na zawsze tylko dlatego, że powstaje z odpadów drzewnych.
Rządowe spotkanie nie wystarczy bez polityki surowcowej
Wiceminister energii Konrad Wojnarowski zapowiedział spotkanie z Polską Radą Pelletu 15 lipca, a resort zwrócił się do UOKiK o zbadanie przyczyn podwyżek. To właściwa reakcja na nagły ruch cen, ale problem jest szerszy niż jedna fala drożyzny. Państwo musi wiedzieć, czy wspiera ogrzewanie pelletem jako trwały element transformacji, czy tylko przerzuca ludzi z węgla na paliwo, którego dostępność i cena nie są zabezpieczone.
Jeżeli polityka antysmogowa, programy dotacyjne i decyzje leśne nie są ze sobą skoordynowane, gospodarstwa domowe zostają z ryzykiem po swojej stronie. Najpierw inwestują w kocioł, często przy zachęcie państwa, a potem zderzają się z rynkiem paliwa, którego nikt nie potrafi ustabilizować. To nie jest dobra lekcja przed kolejnymi etapami wymiany źródeł ciepła.
Najbardziej narażeni są ci, którzy nie mają alternatywy
Podwyżka pelletu najmocniej uderza w gospodarstwa, które już zainwestowały w kocioł i nie mogą łatwo zmienić sposobu ogrzewania. Dla takich rodzin pellet nie jest produktem wybieranym co sezon od nowa, lecz paliwem przypisanym do konkretnej instalacji. Jeżeli cena rośnie latem, kiedy zwykle opłacało się robić zapasy, zaufanie do całej ścieżki modernizacji ogrzewania słabnie.
Rynek potrzebuje większej przejrzystości: regularnych danych o cenach, produkcji, imporcie, jakości paliwa i zapasach. Bez tego gospodarstwa domowe kupują w ciemno, a rząd reaguje dopiero wtedy, gdy temat staje się medialnie niewygodny. Przy 450 tys. użytkowników kotłów na pellet to już nie jest margines, tylko realna grupa odbiorców ciepła.
Wniosek
Letni skok cen pelletu jest ostrzeżeniem, że transformacja ogrzewania domów nie kończy się na wymianie pieca. Jeżeli państwo promuje pellet jako czystsze paliwo, musi równolegle dbać o stabilne źródła surowca, przejrzyste dane rynkowe i ochronę konsumentów przed nagłymi skokami cen. Sama kontrola UOKiK może wyjaśnić, czy doszło do nadużyć, ale nie zastąpi polityki, która odpowie na podstawowe pytanie: czy gospodarstwo domowe po wymianie kopciucha ma mieć realnie tańsze i przewidywalne ciepło, czy tylko zostać przeniesione z jednego niestabilnego rynku paliw na drugi.

