Projekt podatku cyfrowego ma objąć największe platformy i wybrane usługi cyfrowe w Polsce. Nowością jest mechanizm ulg, który w skrajnych przypadkach może obniżyć daninę do zera.
To oznacza, że mówimy o planie legislacyjnym, a nie o podatku, który już trzeba płacić. Po drodze potrzebne będą uzgodnienia w rządzie, prace parlamentarne i podpis prezydenta. Ten ostatni element może mieć znaczenie polityczne, bo danina uderzałaby również w największe amerykańskie firmy technologiczne.
Podatek cyfrowy ma dotyczyć największych podmiotów lub skonsolidowanych grup, których globalne przychody przekraczają 1 mld euro, a przychody objęte podatkiem i uzyskane w Polsce przekraczają 25 mln zł. Kryterium ma działać niezależnie od rezydencji podatkowej i narodowości kapitału.
W praktyce oznacza to, że regulacja nie byłaby
W praktyce oznacza to, że regulacja nie byłaby wymierzona wyłącznie w amerykańskie firmy takie jak Meta, Google czy X. Może objąć także inne wielkie platformy, w tym podmioty z Chin, jeżeli spełnią progi i osiągają w Polsce opodatkowane przychody.
Danina ma obejmować trzy główne obszary: reklamy kierowane do użytkowników serwisów, platformy umożliwiające komunikację albo pośrednictwo w dostawach towarów i usług między użytkownikami oraz odpłatne przekazywanie pakietów danych o użytkownikach.
To konstrukcja znana z podatków cyfrowych dyskutowanych w innych państwach: opodatkowany ma być przychód z działalności cyfrowej, która korzysta z rynku i użytkowników w danym kraju, nawet jeśli spółka formalnie rozlicza większość zysków gdzie indziej.
Podstawowa stawka podatku ma wynieść 3 proc. przychodów z objętych usług. Nowością jest jednak mechanizm ulg, który może mocno zmienić faktyczne obciążenie. Podatek będzie można pomniejszyć o zapłacony w Polsce CIT, a także o wydatki na badania i rozwój oraz inwestycje w kraju.
Rozważana jest również dodatkowa ulga powiązana z liczbą
Rozważana jest również dodatkowa ulga powiązana z liczbą pracowników zatrudnianych w Polsce, choć ten element nie jest jeszcze przesądzony. Jeżeli suma odliczeń przekroczy naliczony podatek cyfrowy, firma może w praktyce nie zapłacić nowej daniny.
Konstrukcja ulg pokazuje, że rząd próbuje pogodzić dwa cele. Z jednej strony chce uzyskać dodatkowe wpływy z rynku cyfrowego, szacowane w pierwszym roku na około 1,7 mld zł, a w kolejnych latach nawet na 2-3 mld zł. Z drugiej strony nie chce całkowicie zniechęcić gigantów technologicznych do inwestowania w Polsce.
To może być politycznie wygodne, ale podatkowo skomplikowane. Jeżeli ulgi będą zbyt szerokie, podatek stanie się bardziej narzędziem negocjacyjnym niż realnym źródłem dochodów. Jeżeli będą zbyt wąskie, wzrośnie ryzyko konfliktu z największymi firmami i administracją USA.
Podatki cyfrowe od lat są punktem spornym między Europą a Stanami Zjednoczonymi. Donald Trump zapowiadał ostre działania wobec państw nakładających takie daniny na amerykańskie firmy technologiczne, włącznie z groźbą wysokich ceł.
Polski projekt próbuje osłabić argument o dyskryminacji Amerykanów
Polski projekt próbuje osłabić argument o dyskryminacji Amerykanów, bo ma obejmować firmy niezależnie od kraju pochodzenia. W praktyce jednak to amerykańskie platformy pozostają najbardziej widocznymi adresatami podatku, więc spór dyplomatyczny może być nieunikniony.
Wniosek
Planowany podatek cyfrowy jest próbą opodatkowania wartości, którą globalne platformy czerpią z polskiego rynku, ale jego ostateczny efekt może być znacznie mniej prosty niż hasło o daninie dla big techów. Stawka 3 proc. brzmi stanowczo, lecz mechanizm odliczeń za CIT, B+R i inwestycje może sprawić, że część firm obniży podatek do zera. Najważniejsze będzie więc nie samo wprowadzenie ustawy, ale to, czy rząd potrafi ustawić ulgi tak, aby zachęcały do realnej obecności w Polsce, a nie stały się łatwą ścieżką uniknięcia nowej daniny.
Źródła
Money.pl
Ministerstwo Cyfryzacji
TVN24

